Poprzedni temat «» Następny temat
Niedokończone opowieści
Autor Wiadomość
Cascabel 





Wiek: 28
Dołączyła: 03 Sty 2016
Posty: 3720
Wysłany: 2016-11-15, 18:33   Niedokończone opowieści

Wbrew pozorom, pierwsza którą tu wstawię jest dokończona - pisana na pewnym forum jako Adwentowa czekoladka. Zadaniem było napisanie opowiadania w klimacie świątecznym, zainspirowanego daną rzeczą - wierszem, obrazkiem, piosenką...

W moim przypadku był to ten obrazek.
Zarzucano mi, ze jest sporo niejasności, tekst wydaje się fragmentem dużo większej całości... i jest. Fragmentem dużo, dużo większej, choć nigdy w całości nie napisanej całości.

Ze szkła


- Zimne – powiedziała dziewczynka zdziwionym głosem, podczas gdy maleńka gwiazdka topniała na jej dłoni.
- Pewnie, że zimne, głupia! W końcu to śnieg! – wyśmiał ją chłopiec, po czym krzyknął zaskoczony, gdy odrobina śniegu wpadła mu pod szalik. Szybko namierzył rozbawionego winowajcę i rzucił się za nim w pogoń łaknąc zemsty, dając tym samym początek bardzo zaciekłej bitwie. Bitwie, na którą dziewczynka nie zwróciła uwagi.
Ona zafascynowana obserwowała spadający z nieba puch. Uniosła dłonie do góry i wysunęła koniuszek języka z ust, by posmakować tego zimna, być może w nadziei, że będzie smakowało tak jak jej ulubione, śmietankowe lody. Natomiast spadające z nieba drobinki przyklejały się do jej płaszczyka, nagle wydawała się niemal nierealna, drobna istotka ubrana w sukienkę ze szkła…

Śnieg prószył już od kilku dobrych dni, pokrywając świat białym kożuchem i tym razem spełniając marzenie wielu dzieci modlących się o białe święta. Zbliżała się północ, a płatki dalej unosiły się w powietrzu, płynęły ku ziemi, podczas gdy królowa zimy pracowicie malowała swoje obrazy na szybach. Dla wielu ta wigilijna noc jawiła się jako naprawdę piękna…
Dla nich była po prostu zimna.
Julia kuliła się przy wygasającym kominku, widać było tylko zaróżowiony nosek i błękitne oczy. Pomimo, że była otulona naprawdę szczelnie, to dalej zdarzało się jej lekko drżeć. Wtedy też Kai rzucał, mocno już rozdrażnione spojrzenie w kierunku drzwi. Rudzielcowi wystarczyła tylko kurtka i dłonie wsunięte między koce. Daniel zastanawiał się, czy to nie ma jakiegoś związku ze złością, może to właśnie ona rozgrzewała go od środka? Kusiło go, by przysunąć dłonie do ognistych włosów i sprawdzić, czy przypadkiem nie będą cieplejsze od paleniska. Nie zrobił tego jednak. Zamiast tego słuchał głosu siedzącej na parapecie dziewczynki.
Opowiadała bajkę, jedną z tych smutnych, a jednak pełnych słońca i nadziei. Wystarczyłoby zamknąć oczy, by niemal poczuć złociste promienie pełzające po twarzy, albo ciepłe krople letniego deszczu… tyle że on wolał na nią patrzeć. Niemalże do złudzenia przypominała lalkę, z tymi swoimi ciemnymi lokami otaczającymi porcelanową twarzyczkę, zawsze ubrana w śliczne sukienki – których nienawidziła na równi z nadanym jej imieniem. Penelope. Maleńka Penelope, najpiękniejsza z lalek Sophie…
Tamtego dnia, zaledwie kilka miesięcy wcześniej nazwał ją księżniczką.
Drzwi otworzyły się nagle, długo po tym, jak dzwony – gdzieś tam, daleko – wybiły dwanaście godzin. Tomas starał się być cicho, zakładając że śpią – nie spali.
- W końcu… gdzieś ty był?
- A co ty? Moja matka? – zapytał ironicznie młody mężczyzna.
- Ktoś musi być dorosły, skoro Tobie to idzie marnie… - słowa te wychodzące z ust dwunastolatka brzmiały niemal śmieszne.
- Zawsze słyszałem, że rude jest wredne, ale nie, że aż tak… - mruknął Tomas. – Wiesz w ogóle jaki jest dzisiaj dzień, dzieciaku…?
- No nie wiem… Twoje urodziny?
- Blisko. Pod warunkiem, że mam na imię Jezus. I w ramach nich przyniosłem Wam prezenty.
- Prezenty…? – Julia wychyliła się ze swojego kokonu, wyraźnie zaciekawiona.
- I niby gdzie je masz…?
- Na dworze. Ale macie poczekać do ra… - urwał. Bo nikt go nie słuchał. Cała czwórka go wyminęła i po chwili wyglądała na zewnątrz. – Skoro tak…. – mruknął chłopak, odwracając się.
Dzieciaki zamarły w drzwiach, wyraźnie zaskoczone. Patrzyły na choinkę, wysoką, udekorowaną głównie śniegiem i sopelkami lodu. Tomas dodał tylko gwiazdkę na czubku. Otaczająca ich biel uczyniła noc jasną, piękną. Westchnął cicho, po czym jakimś dziwnym cudem jednym pstryknięciem zapalniczki podpalił setki umiejscowionych w gałęziach świec.
Chłopcy szybko dopadli prezentów, nigdy nie byli zbyt cierpliwi. Podobnie postąpiła Julia. Tylko Penelope wciąż stała na progu, obserwując widok.
- Jest piękna… - powiedziała cicho.
- Wiem, laleczko. – pogładził lekko jej włosy. – Ale ona Ci nie ucieknie…
Dziewczynka na niego spojrzała i skinęła głową, po czym pobiegła dołączyć do pozostałych dzieci.
Kiedy, kilka chwil później, Penelope wirowała z rozłożonymi szeroko rękami i cichym śmiechem, pokazując Tomasowi nowy, czerwony płaszczyk, Daniel znów nie potrafił oderwać od niej wzroku. Śnieg przyklejony do jej ubrań mienił się, niby maleńkie klejnoty przyszyte do jej sukni, odłamki szkła. Wyglądała tak pięknie, że miał ochotę chwycić ją w dłoń i schować do kieszeni.
Ale ona była daleko. Po prostu daleko…
Tamtego dnia, zaledwie kilka miesięcy wcześniej, podeszła do niego dziarskim krokiem, uśmiechnęła się i oznajmiła, że zostaną przyjaciółmi. To było jej pierwsze, niewinne kłamstewko.

Siedziała na parapecie okna ze zwisającymi nogami. Pięć metrów niżej był kamienny podjazd, a ona tylko patrzyła w dal, co jakiś czas zaciągając się tytoniowym dymem.
- Przesuń się, Kocie. – powiedział spokojnie Daniel, wciskając się na miejsce obok niej i przesuwając jej dłoń razem z papierosem do własnych ust. Podeszła do tego obojętnie. Chłopak wyciągnął z ucha jedną ze słuchawek i wyciągnął w jej stronę.
Wzięła ją bez słowa. Uśmiechnęła się dopiero kiedy usłyszała znajomą piosenkę.
Nie musieli mówić. Ona wiedziała, że wrócił przed chwilą, że film na którym był zupełnie mu się nie podobał – bo przecież inaczej by już opowiadał jego treść i że jego dzień raczej był ogólnie nieudany – w innym wypadku nie paliłby papierosa. On z kolei widział zakładkę umieszczoną mniej więcej w połowie książki, którą dał jej tego ranka, lekkie politowanie w jej oczach mówiące „i na co Ci to było?” oraz rozbawienie widokiem krótkiego całusa kryjącej się przed całym światem pary na podjeździe. Milczeli po prostu razem, paląc papierosa, później sięgając po kolejnego. Z Kotem rozumiał się bez słów.
Tamtego dnia, zaledwie kilka lat temu, dziewczynka obiecała mu, że nigdy się nie zmieni. Kolejne, małe kłamstwo.
Ciepłe, późnowiosenne słońce otaczało jej twarz aureolą światła, już delikatna opalenizna ujawniła blizny zdobiące jej ciało, znaczące ręce, nagie ramiona… były zaledwie białymi zarysowaniami na skórze. Czasem wydawało mu się, że ona cała jest ze szkła, że jeżeli nie będzie wystarczająco ostrożny to kiedyś się zbije i zniknie z jego życia, jakby nigdy jej nie było.
Dlatego, pozostając wiecznie jej najlepszym przyjacielem, bardzo ostrożnie skradł jej pocałunek, kiedy spała. A później wiele, wiele kolejnych.

Młody mężczyzna – a może jeszcze chłopak? – stał przy oknie , opierając dłonie o parapet.
Patrzył. Na nią.
Sara – teraz nie było już Kota, ani nawet Penelope, teraz była tylko Sara – śmiała się głośno, krzątając się wokół stołu i nakrywając do wigilijnej kolacji. Zszarzała. Piękne, czarne loki zastąpiły mysie włosy, nawet oczy zostały wyprane z koloru wiatru. Teraz łatwo się rumieniła i była niezdarna: znowu upuściła widelec. Schyliła się, żeby go podnieść z uśmiechem przyklejonym do twarzy.
Podpalił kolejnego papierosa.
- Danielu? Jesteś tu? – rozległ się głos Kaia, jego przyjaciel szukał włącznika światła. Tylko na niego popatrzył. – Chodź na kolację.
- Zaraz. – mruknął.
Rudzielec podszedł do niego, też spojrzał przez okno. Westchnął.
- Znowu ją podglądasz… nie powinieneś tego robić. – karcił go jak dziecko. Irytował.
- Kocham ją. – powiedział bez cienia wahania.
- Wiem…
- Chcę, żeby wróciła.
- Wiem. Wróci. Za jakiś czas…
- A jeśli nie…?
- Wróci. Chodź… pojedziemy do domu, zanim ktoś nas tu złapie.
- Nie zostawię jej tu samej…
- Nie jest sama. Wiesz o tym.
Daniel przez chwilę milczał.
- Zaraz przyjdę. Idź. – powiedział cicho.
Znowu został w ciemności sam, widział dziewczynę w oknie, wyciągnął w jej stronę dłoń, jakby miał szansę ją uchwycić.
Tamtego dnia, wiele lat temu, obiecała mu, że nigdy go nie zostawi.
On z kolei przyrzekł jej, że nigdy nie dorosną.
Byli kwita.






Druga rzecz którą wstawiam, to początek pewnej opowieści pisanej na pół. Było jeszcze kilka fragmentów, ale zaginęły w odmętach archiwum gadu gadu. Jest to początek pewnej antybaśni, o królewnie porwanej przed demona.


Dawno, dawno temu, za siedmioma górami i siedmioma lasami, w ogromnym, otoczonym fosą zamku mieszkał sędziwy król. Kraina należąca do niego była idealna, pola urodzajne, a jego poddani szczęśliwi i spokojni. Pomimo to u starego władcy nie dało się dostrzec oznak dumy, czy też radości, a jedynie zatroskanie. Powodem jego zmartwień była piękna królewna, na której twarzy nikt od wielu, wielu lat nikt nie potrafił wywołać uśmiechu.
Królewna spędzała dnie spoglądając smutnymi oczami przez okno i wypatrując czegoś – lub kogoś – na horyzoncie. Albo snuła się długimi, ciemnymi korytarzami niczym duch. Albo spędzała godziny w bibliotece, czytając bajkę i wyczekując przystojnego rycerza na białym koniu, który miałby za zadanie pokonać najstraszliwszego potwora a świecie, jakim była jej rozpacz.
Królowi serce się kajało ilekroć spoglądał na nieszczęśliwą córkę. Ale nie ważne ile by nie podarował jej niezwykłych zabawek, pięknych sukienek i drogiej biżuterii, na twarzy biednej królewny nie pojawiał się nawet cień uśmiechu. W końcu władca sprowadził do zamku najlepszych magów, medyków i uczonych w królestwie, mając nadzieję, że któryś nich w końcu odnajdzie receptę na smutek. Ci jednak tylko bezradnie rozkładali ręce.
Dopiero pewna stara kobieta, o włosach białych jak śnieg i plecach przygiętych do ziemi ciężarem czasu, jedna z tych, które dużo widziały i bardzo dużo wiedzą, stwierdziła: królewnie potrzeba matki. Więc król przeszukał kraj wzdłuż i wszerz, aż natrafił na kobietę godną do zastąpienia zmarłej, dobrej królowej. Była ona piękna, łagodna i – co najważniejsze – wiecznie radosna, co sprawiało, że wszyscy natychmiast ją pokochali, wszyscy poza królewną. Jednak staruszka okazała się mieć rację.
Od chwili kiedy to maleńki królewicz zaczął skupiać na sobie uwagę wszystkich w zamku, a królewna posłusznie usunęła się w cień, kąciki jej warg ledwo co zauważalnie uniosły się do góry.
*

Noc Kupały była jedyną nocą, kiedy wieśniacy zapominali o żarliwych kazaniach kapłana wypowiadanych co niedzielę, czy pokornej i posłusznej postawie. Ten jeden, jedyny raz w roku pierwotny duch wstępował w serca ludzi, który odwracali się od grzecznych, chrześcijańskich obrzędów i poddawali się dzikiej, pogańskiej zabawie.
Śpiewy wtórowały melodii wygrywanej na bębnach, w jej rytm czarne cienie pląsały na tle płomieni. Kilku młodzieniaszków przeskakiwało przez ogniska bądź biegało po rozżarzonych popiołach. Dziewczęta splatały polne kwiaty w okręgi i rzucały je na wartkie wody rzeki, a wpół pijani chłopcy starali się je wyłowić, zdobyć podobnie jak te inne wianki połączone ze smakiem dziewiczych ust. Z każdym kolejnym łykiem młodego piwa ludzie stawali się coraz mniej okrzesani, bardziej pierwotni. Zanikały wszelkie normy moralne i zasady, którym folgowano na co dzień.
Dwie kobiety kryły się pod długimi pelerynami, w cieniu drzew, pozostając dla tańczących niezauważonymi. Jedna była niepewna, wręcz przerażona. Świadczyły o tym zgarbione plecy, jakby chciała stać się mniejsza i postawa, wyrażająca gotowość do natychmiastowej ucieczki. Druga, dumnie wyprostowana, z zafascynowaniem obserwowała widowisko. Różnice kryły się też w ich strojach: jedna miała na sobie skromną, szaroburą sukienkę panny służebnej, ubrania drugiej wykonane zostały z pięknych materii pierwszorzędnych gatunków.
- Panienko, wracajmy już, nie chcemy mieć przecież kłopotów… - pisnęła cicho służąca.
- Jeszcze chwila… jak się boisz, to wracaj sama.
Dziewczyna przez krótką chwilę się wahała. Głupia gęś. Dobrze wiedziała, że kara będzie dużo surowsza, jeżeli pozostawi ją samą.
- Nie mogę wrócić bez panienki! Jego królewska mość kazałby mnie powiesić…
- Tylko gdyby cokolwiek mi się stało, Marto. – oznajmiła znudzonym tonem.
- Ale... panienko! Proszę, panienko, choć przez wzgląd na…
- Chodźmy. – przerwała jej.
Służąca odetchnęła z ulgą, ale zaraz spanikowała jeszcze bardziej, kiedy zorientowała się, że wcale nie ruszyła w kierunku zamku. Nie, teraz uwagę królewny przykuły wieńce płynące w dół rzeki, światła mieniące się na wodzie.
Marta zaczęła modlić się do Boga o litość w momencie, kiedy panienka Roseline zrezygnowała z bezpiecznej osłony drzew i zupełnie odsłonięta stanęła na brzegu. Ale nie potrafiła wciągnąć jej z powrotem w las, kiedy na twarzy królewny widniało takie oczarowanie. Po prostu, nie mogła…
- Panienko? – ponagliła ją po dłuższej chwili.
Ale królewna jak zwykle jej nie słuchała.
Roseline odwróciła się gwałtownie, słysząc szelest w pobliskich krzakach.
- Panienko? A jeżeli to jeden z tych młodzieńców? Mogą wyrządzić panience krzywdę…
To nie byli mężczyźni, pijani do tego stopnia by pójść na łatwiznę i próbować uchwycić nie tyle wianki, co dziewczęta i zdobyć całusa bez najmniejszego wysiłku.
Uwagę królewny przykuł czarny kształt, ptak o długiej, smukłej szyi, przyglądający się jej paciorkowatymi oczami. Roseline momentalnie zapomniała o rzece, światłach, czy nawołującej ją służącej. Zostało tylko pożądanie, pokusa nie do opanowania by uszczknąć jedno z czarnych jak smoła piór.
Zaczęła skradać się w kierunku ptaka. Starała się nie wykonywać zbyt gwałtownych ruchów. Mimo to łabędź zniknął między drzewami. Niewiele myśląc poszła za nim, po chwili biegła śladem zwierzęcia.
- Panienko! Zatrzymaj się! Nie biegnij tam! Zgubisz się… Panienko Roseline!
Dziewczyna uchwyciła ją za ramię, a stworzenie zniknęło z zasięgu jej wzroku. Królewna popatrzyła na służącą wściekle.
- Proszę o wybaczenie, panienko, ale teraz naprawdę musimy już wracać…
Królewna prychnęła, odwróciła się napięcie i ruszyła w stronę zamku. Szła tak szybko, że Marta nie mogła za nią nadążyć, nadal zdyszana po biegu. Ale Roseline nie miała litości, nie zaczekała nawet kiedy dwórka zaplątała się w krzaki. Zatrzymała się dopiero, kiedy usłyszała jej krzyk.
Męskie głosy, odgłos wydawany przez dartą sukienkę. Stłumione dźwięki, jakby ktoś zasłaniał Marcie usta dłonią.
Znowu prychnęła. Głupia gęś. Nic nie potrafi robić dobrze…
Jak znalazła się w zamku wysłała służącej na ratunek jednego z mających wartę strażników. W końcu miała w sobie wiele litości.
Tylko szła przez las wolno. Bardzo, bardzo, bardzo wolno…
*

Królewna była śliczna (choć nie w prosty i klasyczny sposób). A długa, kremowo żółta sukienka z licznymi falbankami i mnóstwem kokardek czyniła posągową piękność wręcz nieskończenie idealną. Zielone oczy przywodziły na myśl szmaragdy (równie przezroczyste i błyszczące, z delikatną skazą w dziwnym odcieniu żółci przywodzącą na myśl piorun na tle zielonego nieba) osadzone w oprawie bez skazy (trzy piegi na nosie ukryte pod warstwą pudru). Usta przypominały płatki róży (nikt nie dostrzegał w nich czerwieni maków). Długie, złote rzęsy (ciemny brąz nie pasował przecież do królewien), rzucały cienie na zarumienione policzki (białe niczym śnieg). Długie, jasne włosy (nikt nie dostrzegał tych kilku niesfornych, ogniście rudych kosmyków) skromnie chowała pod kremowym kapelusikiem z szerokim rondem i różową wstążką (czerwoną. Wstążka była czerwona). Przypięto do niego kilka jasnoróżowych róż (bo dzikie róże były piękne, zwłaszcza w tym intensywnym odcieniu fuksji). W jednej ze smukłych dłoni spoczywał wachlarz, druga pozostała wolna od jakiegokolwiek ciężaru. Na długiej, niemal łabędziej szyi zawieszono śliczną, diamentową kolię (sama była jak diament, tylko niewiadomo dlaczego każdemu, kto ją określał w ten sposób stawały przed oczami krwistoczerwone rubiny).
Ilekroć ktoś z nią rozmawiał skromnie spuszczała wzrok (spojrzenie jej rozmówców samo uciekało od jej bezwstydnych, błyszczących oczu). Po ogrodzie sunęła niczym łabędź, tak zgrabnie i płynnie, niemal jakby unosiła się nad ziemią (nikt nie zauważył, jak się potykała). Z zainteresowaniem przyglądała się nowym kwiatom, wdając się w rozmowę z dumnym ogrodnikiem (bo dlaczego dobrze wychowana panienka miałaby zerkać ukradkiem na ćwiczących szermierkę, półnagich mężczyzn i tłumić ziewnięcia słuchając starca?).
Ludzie ją uwielbiali, małą, biedną, smutną królewnę (znudzone oczy i rozbawiony uśmiech błąkający się w kącikach ust). Była taka słodka, taka dobra kiedy pomagała wstawać maleńkiemu braciszkowi, ocierała mu łezki i podawała jego zabawkowy, drewniany mieczyk (głupi dzieciak miał już trzy lata, a dalej mazał się jak dziewczyna). I tak pięknie, tak rzadko się uśmiechała, każdy miał w głowie ten jeden, jedyny raz, kiedy melodyjny śmiech niósł się korytarzami zamku…
Służba, król, wszyscy byli więcej niż szczęśliwi mogąc spełniać jej kolejne życzenia. Za bardzo się bali wyrazu rozczarowania, albo co gorsza – płaczu. Chcesz nową lalkę? Dostaniesz ich dziesięć. Sukienka? Zamówimy krawca, będzie jutro. Słowik? A może być w złotej klatce (klatka otworzyła się nad ranem a słowik przysiadł na dłoni królewny i patrząc jej prosto w oczy zaśpiewał kilka treli słowiczej piosenki, po czym odleciał na wolność. Królewna spoglądała za nim z dziwną tęsknotą w oczach, a na jej twarzy pojawił się łagodny uśmiech. Z kolei biały konik stał w stajni. Nie ważne jak daleko go nie wyprowadziła, ile razy by mu nie powtarzała, że może odejść, że taki będzie szczęśliwszy – on zawsze uparcie wracał. Może dlatego tak go lubiła…).
Tym razem królewna zapragnęła czarnego łabędzia. I, oczywiście, miała go dostać. Jeżeli tylko choć na moment wywoła uśmiech na jej twarzy…
(wcale go nie chciała. Marzyła o tym, że umknie pościgowi i odleci na czarnych skrzydłach gdzieś daleko, pozostawiając jej jedno czarne pióro – pamiątkę jego bezgranicznej wolności).
*

Roseline siedziała spokojnie na krawędzi łóżka, podczas gdy służąca wyławiała ostatnie spinki z jej włosów, aż opadły na jej plecy miękką, dziką falą. Wstała, by kobieta mogła zdjąć jej sukienkę, pomimo że równie dobrze mogłaby zrobić to sama. Uniosła ręce, by wciągnięto jej przez głowę długą, białą, nocną koszulę. Skromną. W końcu piękna kobieta nie potrzebowała pięknych strojów. Po chwili wróciła na łóżko, dwórka wzięła do ręki szczotkę i zaczęła rozczesywać splątane kosmyki. Królewna przymknęła oczy. Lubiła to uczucie.
Drzwi otworzyły się cicho.
- Możesz odejść, Anno. Pomogę panience przygotować się do snu. – pomimo, że głos wydający polecenie był łagodne, nikomu nigdy nie przyszło do głowy, żeby kłócić się z rozkazem królowej. Roseline zazdrościła jej tego autorytetu, całkowicie dobrowolnej chęci podporządkowania się…
Ciężka, ciemna suknia zaszeleściła, macocha kontynuowała rozczesywanie włosów. Ale już nie wydawało się ani trochę przyjemne. Dziewczyna tylko zesztywniała i wyprostowała się jak struna.
Usłyszała, jak kobieta cicho nuci. Pewnie kołysankę, którą wcześniej usypiała swojego synka. Po chwili odłożyła szczotkę.
- Możesz już się położyć, Roseline. – imię brzmiało w jej ustach jak słodka pieszczota, tak słodka, że królewna naprawdę nie potrafiła zrozumieć, dlaczego nie potrafi jej pokochać. Wykonała polecenie i po chwili została nakryta kołdrą, delikatnie pogłaskana po policzku. Jak dziecko.
- Jesteś już bardzo dużą panną. Masz piętnaście lat, prawda? – uśmiechnęła się, wyraźnie z niej dumna. – Wiesz, że niedługo pojawią się tutaj twoi adoratorzy, będą zabiegać o twoją rękę?
„Raczej o mój posag” – pomyślała, ale na głos powiedziała tylko:
- Tak, matko.
- Powinnaś zacząć zachowywać się tak, jak na młodą damę przystało. – powiedziała w końcu, nieco surowiej. – Twój ojciec może przymknął na to oko, ale jeżeli jeszcze raz wymkniesz się z zamku po zmroku to sama będę musiała cię ukarać, a przecież wcale nie mam na to ochoty.
„Tylko na to czekasz” – przeszło jej przez myśl, ale zaraz sama się skarciła za doszukiwanie się fałszu w każdym jej słowie.
- Tak matko. Już nie będę, matko. – w głosie królewny nie było żadnych uczuć.
- Nikt nie zechce takiej kapryśnej i nieposłusznej dziewczyny jak ty, Roseline. – dodała, lekko i żartobliwie.
- Rozumiem.
- I…? – znowu się uśmiechnęła.
- Obiecuję się poprawić.
Kobieta pogłaskała ją po włosach i pochyliła się, by złożyć na jej czole pocałunek.
- Dobranoc, kochanie.
- Dobranoc, ma… mo. – to słowo ledwo co przeszło jej przez gardło. Macocha popatrzyła na nią zraniona.
Roseline nie potrafiła nic poradzić na obraz, który idealnie pasował jej do tego słowa. Dziewczyna niewiele starsza od niej, o ogniście rudych włosach i nieco bardziej żółtych oczach tańcząca jak tamci wieśniacy: w świetle ogniska. Czarodziejka. Dzikuska. Była identyczna jak obraz nakreślony jej przez starą nianię, kiedy była mała. Jej mama. Mama, której nigdy nie poznała. Uśmiechnięta i wolna, pełna energii. Jak ogień, jak woda, jak wiatr…
Kobieta zsunęła się z posłania i najwyraźniej miała zamiar już odejść. Ale nagle sobie o czymś przypomniała.
- Ten ptak, o którego prosiłaś… już został schwytany. Możesz pójść go zobaczyć…
Roseline umknęła wzrokiem gdzieś w bok, próbując ukryć rozczarowanie.
- Rano, mamo. Teraz jestem zmęczona.
- Oczywiście, że rano… - niemal mogła usłyszeć jej uśmiech. – Jest naprawdę piękny. Rozumiem, co ci się w nim spodobało…
Duma. Wolność. Właśnie to.
Cicho zaszeleściły kamienie szlachetne wszyte w przejrzystą materię jej baldachimu. Nienawidziła odcinać się od światła księżyca, ani tym bardziej świtu. Błyskotki migotały lekko w ciemności, dopóki drzwi za jej macochą się nie zamknęły i tym samym zniknęła ostatnia paląca się świeca w tym pomieszczeniu. Jak zamknęła oczy, znowu zobaczyła piękną czarodziejkę, która później przemieniała się w czarnego łabędzia, tak ogromnego, że mogła na nim usiąść i odlecieć w stronę księżyca, w stronę gwiazd migoczących jak diamenty przyszyte do…
Już śniła.


[/center]
_________________
- Kot to najlepszy pogromca problemów. Wystarczy przytulić, a on wymruczy smutki daleko precz! I wydrapie, i, "hhhh" powie, aż wszystkie uciekną sromotnie jak pokonane widmomyszy. Koty to prawdziwi bohaterowie, mówię ci!
Widmokot Nefer
 
 
Cascabel 





Wiek: 28
Dołączyła: 03 Sty 2016
Posty: 3720
Wysłany: 2020-09-06, 11:51   

Dom
Dom zapuścił korzenie w miasteczko, głęboko, w kierunku samego środka ziemi, wrósł w jego historię do tego stopnia, żeby zostać zapomnianym i opuszczonym. Dorośli nie poświęcali mu nawet krótkiego spojrzenia, jednej myśli, kiedy mijali starą, kutą bramę i gąszcz ogrodu, o który nikt nie dbał. Dzieci omijały go szerokim łukiem, z szybciej bijącym sercem. Tylko nastolatki dostrzegały w nim dobrą zabawę, wyzwania podobne do wyprawy na cmentarz o północy, albo nocy z horrorami, podczas których nie można pokazać nawet cienia strachu. Dom porastał powoli opowieściami jak bluszczem, jak przystało na nawiedzoną rezydencję zamieszkaną przez wszystkie nadprzyrodzone stwory, przybyłe prosto z baśni i koszmarów.
Podobno w deszczowe, burzliwe noce, dało się słyszeć tętent kopyt rumaka należącego do jeźdźca, który bezustannie poszukiwał swojej głowy.
Podobno w oknach na piętrze można było dostrzec zwiewną, białą damę. A szyby zamarzały pod wpływem jej oddechu, podobnie jak kiedyś zamarzło złamane serce pięknej dziewczyny.
Podobno czasem dało się słyszeć płacz dziecka dochodzący z jednego z pokoi, niemowlęcia zaduszonego przez opętaną przez szatana opiekunkę. Ta też była widywana pod postacią czarnego kota, wylegującego się na chatce ogrodnika.
Podobno ogrodnik nadal dbał o róże, szkarłatne niczym krew. Rozkwitały zawsze jesienią, dokładnie piątego września o godzinie szesnastej. Wtedy, ponad sto lat temu, pani domu która kazała je zasadzić spadła z huśtawki i skręciła kark. Kochała te róże i śpiewała im, wciąż i wciąż, zawodzącą piosnkę charakterystyczną tylko i wyłącznie dla zjaw i porywistego wiatru.
Podobno w długie, letnie wieczory w salonie znowu rozlegała się muzyka, a na przyjęcie przybywali młodzieńcy we frakach z ciepłego, nocnego powietrza i dziewczęta w sukienkach utkanych ze strzępków mgły. Bal kończył się wraz z pierwszą, bladą poświatą świtu.
Podobno podczas pełni w dziwnym, wydeptanym kręgu w ogrodzie pląsały elfy. Ten, kto nieopatrznie znalazł się w jego wnętrzu musiał dotrzymywać wróżkom kroku, aż padał z wycieczenia.
Podobno o zmierzchu…
Sieć historii stawała się coraz gęstsza i z roku na rok coraz bardziej przysłaniała stare, poczciwe domostwo, aż w końcu nikt nie był w stanie dostrzec nic poza nimi. Ludzie bali się go jak ognia i gadali, gadali, wysyłając za zabite deskami okna wszystkie swoje lęki. Dom z roku na rok marniał, opuszczony przez wszystkich, w swojej pamięci czule pielęgnując te krótkie chwile szczęścia.
Dawniej brama skrzypiała wesoło, kiedy państwo wracali do domu, albo przybywali jedni z wielu gości. Dzieci bawiły się w ogrodzie, biegały po miękkich dywanach zakrywających drewniane podłogi. Dom był pełen dźwięków: śmiechu, rozmów, krzyków, czy melodii odgrywanych wesoło na pianinie. Dziewczęta niepewnie zerkały przez okna sypialni, wypatrując swoich adoratorów, a później radośnie zbiegały po schodach w nowych pantofelkach. Służba pilnowała, by w żadnym kącie nie osiadła choćby szczypta kurzu, a kuchnie wypełniał zapach obiadu, czy też pieczonego ciasta. A w długie, chłodne, zimowe wieczory, pan siadywał na fotelu przy kominku, a pani wyszywała, a ogień tak pięknie się iskrzył, podczas gdy wszystkie pomieszczenia, jedno po drugim, wypełniało się tym przyjemnym ciepłem…
Jednak czasy świetności już przeminęły, zdawałoby się że bezpowrotnie. Brama zardzewiała, nie otwierała się już wcale. Kiedyś zadbany ogród zdążył zapomnieć już o pieszczotach ogrodnikach, starannie dobierane gatunki kwiatów dusiły się między chwastami, krzewy utraciły swój idealny kształt, a róże zdziczały. Ścieżka prowadząca do, już zbutwiałych drzwi, zarosła niemal zupełnie, schodki były pokruszone i groziły zawaleniem się, jak tylko ktoś postawi na nich jeden nieostrożny krok. Kołatka zwisała smętnie, dawno nie mając okazji na obwieszczanie miłych wizyt. Fasada budynku porosła bluszczem, tam, gdzie jeszcze dało się ją dostrzec odchodził tynk. Większość okien pozabijano deskami, tylko tych kilka na piętrze lśniło jeszcze, często powybijanymi przez okoliczne dzieciaki, szybami. Podłogi nie znały już ciężaru kroków, za to zdążyły zaprzyjaźnić się z kornikami, pokryte były dywanem kurzu. Pajęczyny zastąpiły firanki, kiczowate meble zakupione przez ostatnich właścicieli, jakieś małżeństwo, które nigdy tu nie zamieszkało, straszyły białymi prześcieradłami. Dom płakał razem z niebem, nad utraconą chwałą, kroplami deszczu skapującymi z sufitu, marzł podczas mrozów, jęczał cicho razem z wiatrem. Dom umierał, a była to bezn bardzo powolna i bolesna, samotna, bez żadnego przyjaciela u boku. Niszczał i marniał, tracąc już wszelką nadzieję na lepsze jutro.
Aż w końcu przyszedł ktoś, ten dziwny nieznajomy, co pojawił się przed progiem wraz z krótkim przebłyskiem słońca. Nie robił może zbyt dobrego wrażenia, przynajmniej nie na pierwszy rzut oka. Ciemnobrązowe włosy były potargane, z jednej strony zbyt długie, z drugiej – zbyt krótkie, tak że nie był w stanie uchwycić ich gumką. Miał różne oczy, jak u jakiegoś dachowca – jedno kocio zielone, drugie szare jak niebo. Nosił szary płaszcz, który wydawał się trochę za duży – tak jakby stracił nagle na wadze, albo zapomniał włożyć pod spód swój gruby sweter. Granatowe dżinsy były poprzecierane na kolanach, w dole nogawek wisiały poszarpane, białe nitki. Znoszone buty z brązowej skóry wyglądały, jakby lada moment miały zamiar się rozpaść. Jeżeli dodać do tego ostro zarysowaną szczękę, bladozłotą opaleniznę na twarzy i poznaczone drobnymi bliznami dłonie – otrzymywało się standardowego włóczęgę, dla którego nie liczyło się zupełnie nic. Spojrzenie miał poważne, a usta ułożone w smutnym wyrazie, choć delikatne zmarszczki w kącikach warg jasno mówiły, że nie zawsze tak było. Dawniej – przed rokiem, dwoma – musiał być bardzo przystojny i coś mówiło, że nadal jest, tylko brakuje mu uśmiechu i beztroski, za to w jego głowie gości zbyt wiele ponurych myśli.
Dom popatrzył z zaciekawieniem na mężczyznę, mężczyzna taksował wzrokiem dom. Po chwili jego oczy spotkały światło odbijające się od szyb, przez moment przyglądali się sobie nawzajem bez słowa, po czym oboje – i on i dom – uśmiechnęli się bardzo delikatnie, a ich losy splotły się ze sobą.
Jeszcze tylko dwa niedbałe podpisy – jeden na akcie własności, drugi na czeku – a dom i mężczyzna zaczęli należeć do siebie nawzajem.
_________________
- Kot to najlepszy pogromca problemów. Wystarczy przytulić, a on wymruczy smutki daleko precz! I wydrapie, i, "hhhh" powie, aż wszystkie uciekną sromotnie jak pokonane widmomyszy. Koty to prawdziwi bohaterowie, mówię ci!
Widmokot Nefer
 
 
bezn
Duch, który przeczy





Dołączył: 19 Gru 2016
Posty: 9379
Wysłany: 2020-09-06, 14:33   

Podoba mi się ta miniatura. Jest bardzo kameralna i bogata w szczegół.Mimo klimatu dość posępnego na początku kończy się ciepło.Podoba mi się ze o codzienności napisano tu w taki niebanalny sposób.
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

 

Czy wiesz, że...